Rose
obudź się. – Usłyszałam delikatny głos mojej mamy.
- Co? Już jesteśmy Londynie? – Zapytałam
leniwie przecierając oczy.
- Niezupełnie. Przespałaś cały lot, pozbieraj
swoje rzeczy, bo znów je zgubisz. – Wskazała palcem na zeszyt i telefon, które
leżały rozsypane na fotelu.
Szybko
wróciłam je do torebki i zaczęłam się rozglądać. Inni tak jak ja powoli
zbierali swoje klamoty, niektórzy czytali, a jeszcze inni rozmawiali zapewne na
nudne tematy. Zwróciłam uwagę na chłopaka możliwe w moim wieku, który kurczowo
trzymał się swojej torby tak jak by znajdowało się tam Bóg wie, jakie skarby.
Jego oczy błędnie krążyły po ludzkich twarzach. Nagle jego wzrok spoczną na
mnie, a ja jak oparzona odwróciłam głowę i przywarłam do fotela. Nie musiałam
spojrzeć w lustro by uświadomić sobie, ze moje policzki przybrały kolor
czerwony.
Z głośników dobiegł głos mężczyzny
informujący o tym, iż za parę minut będziemy lądować oraz prośba o zapięcie pasów
bezpieczeństwa. Nie mogę doczekać się by końcu zobaczyć mowy dom i na drugi
dzień pójść do szkoły. W jednym momencie moje podekscytowanie minęło, kiedy
przez myśl przemkną mi głos Victorii – „A jeśli nie znajdziesz tam przyjaciół?”
No właśnie, co wtedy będzie? Moje smutne myśli przerwała mama:
- No chodź! Chyba nie chcesz tu zostać?
Kiedy my
wylądowaliśmy? – Zapytałam siebie w myślach.
- Nie, nie chcę. – Rzekłam.
- Dobra to ja pójdę po bagaże, a ty idź na
parking i zadzwoń po taksówkę. – Zaproponowała.
- Ok. – Rzuciłam i poszłam wolnym krokiem na
umówione miejsce z mamą.
Dzień w Londynie był piękny. Zaczęłam wdychać
świeże powietrze, które nie było tak czyste jak w Irlandii. Z tylnej kieszeni
wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam po pojazd.
~*~
- Otwieraj te drzwi szybciej. – Zaczęłam
szturchać mamę z niecierpliwością.
- To przestań mnie szturchać, bo nie mogę
trafić do dziurki.
- Dobra. – Przewróciłam oczami.
Kiedy
usłyszałam klikniecie w zamku odepchnęłam mamę od drzwi i wparowałam do
pomieszczenia.
Dom był
duży i przestrzenny, meble były w stylu nowoczesnym. Dominowały kolory
pastelowe. Kuchnia niezbyt wielka, ale za to przytulna. Z jej okna podziwiać
można ogród.
- I jak ci się podoba? – Mruknęła rodzicielka
rozcierając obolałą rękę, zupełnie niezadowolona z tego, iż ja popchnęłam.
- Jest świetnie! Lecę na górę! – Krzyknęłam
Mój pokój był koloru niebieskiego. W rogu
stało łóżko wyrzeźbione z drewna, biurko, 2 szafy i komoda. Obok łóżka
znajdowała się szafka nocna, a na niej lampka. Na środku pomieszczenia leżał
kremowy dywan, który doskonale kontrastował się z całą resztą. Biurko i łóżko
były delikatnego brązowego koloru, a cała reszta to barwa kremowa.
- Rose! Zejdź na dół! – Usłyszałam wołanie
mamy.
- Już idę! – Krzyknęłam.
Zbiegłam
po schodach i stanęłam w drzwiach do kuchni.
- Wynieś swoje walizki na górę i się rozpakuj.
Jeśli chcesz to możesz iść ze mną do sklepu. Muszę kupić jedzenie.
- Nie. Idź sama ja się rozpakuję. –
Powiedziałam.
- Dobrze. – Odpowiedziała z rozczarowaniem.
Nie moja
wina, że jestem zmęczona. – Pomyślałam.
Wzięłam
swoje rzeczy i zaczęłam taszczyć je po schodach. Nie ukrywam było by mi łatwiej
gdybym wzięła po jednej walizce, ale jestem upartym człowiekiem próbuje nowych
możliwości.
Mam
strasznie dużo ciuchów. – Pomyślałam.
Układając
ciuchy w szafie jakoś specjalnie o niczym nie myślałam, jedyne to tylko by
równo poskładać odzież. Zupełnie nie potrzebnie. Zapewne na następny dzień i tak
tam będzie bałagan.
Kończyłam
właśnie składać ostatnią parę spodni, kiedy zadźwięczał mój telefon. Rzuciłam
się do niego z ciekawością, kto do mnie napisał. Była to Victoria:
„ I jak w nowym miejscu”
Natychmiast
wystukałam odpowiedź na dotykowym ekranie:
„Super poczekaj, aż Ci wszystko opowiem!”
Pisałyśmy
chyba ze 2 godziny, kiedy po raz drugi w tym dniu niespodziewanie przeniosłam się
do krainy Morfeusza.
__________________________________________
I jest pierwszy rozdział!
Przepraszam, że miałam dodać do zaraz po prologu, ale byłam chora.
Ponieważ, nie wiem czy w wgl to czytacie To NASTĘPNY rozdział będzie jesli pozostawicie po sobie przynajmniej 3 komentarze.
KOMENTARZ=SZACUNEK DLA AUTORA